środa, 28 października 2009

Zachód ocenia


Jeden z moich przyjaciół napisał mi w mailu: „tlkiwe są Twoje teksty, ale na łeb biją Cię Twoi komentatorzy.” Cokolwiek „tlkiwe” znaczy, do wpisu tego zmotywował mnie właśnie jeden z komentarzy – jedyny do tekstu „Nowe granice”, dzięki któremu zdałem sobie sprawę, jak wielu rzeczy nie udaje mi się opowiedzieć tak jakbym chciał.

Mój wyjazd z Polski, z Europy, z dala od zachodniej cywilizacji wziął się między innymi z powodu nasilającego się poczucia wyobcowania. Zachód wydaje się dziś być zupełnie zatraconym, zabłąkanym. I zabłąkanie to nie wynika już nawet z uporczywie zadawanych pytań: „do czego doszliśmy?”, „dokąd zmierzamy?”. Zagubił się w swoim pędzie do lepszego, większego, wygodniejszego... zapominając do czego mu to wszystko potrzebne. Dzisiejsze życie człowieka Zachodu opisują dwie wartości: przypadkowość i jednorazowość. A przyprawione jest to wszechobecnym „przepraszam, nie mam czasu”. Bezustanny pęd za ŻYCIEM stał się wytrychem, kluczem zamykającym drzwi przed każdą myślą, mogącą zaburzyć ten w pocie czoła wypracowany rytm: praca-dom-rachunki-praca-zakupy-dzieci-dom-więcej rachunków-praca. Dopiero wtedy mogłoby dojść do prawdziwej katastrofy. Więc co robi dziś człowiek Zachodu? Przestaje myśleć! „Każdy sąd, każda opinia stają się coraz bardziej tylko wyrazem chwili, strzępem jakiejś bliżej nieznanej całości. Fragment w dziedzinie myśli zaczyna obowiązywać wszędzie, krótkoterminowość wszelkich prawd staje się regułą, wreszcie płynność wszystkiego wygodną wymówką. Rozum, nie mogąc odnaleźć żadnej idei przewodniej, ogranicza się do zwykłego notowania faktów” - pisał w 1945 roku Andrzej Bobkowski. Niewiele się od tamtego czasu zmieniło, oprócz tego, że życie na Zachodzie stało się jeszcze nudniejsze. Pozbawione „ludzkiego artyzmu” oraz przyjemności z bycia i samopoznania przypomina nowocześnie wyposażony, ekskluzywny apartament, w którym niczego nie można dotykać. Tu – na Bliskim Wschodzie – nadal odnosi się wrażenie, że najistotniejsze w życiu jest przede wszystkim czerpanie przyjemności z tegoż życia. Tempo jest wolniejsze, a rozmowa z przyjacielem przy herbacie najważniejsza. Inny problem, że przyjemności są mocno ograniczone.

Nie mogę bawić się w komentowanie komentarzy we własnym blogu – w Syrii takie wymysły jak facebook, youtube czy blogspot są zablokowane, niedostępne, zakazane. Taki to rodzaj wolności. Czasami przypomina to Polskę sprzed 1989 roku. Zachód ocenia! Nie. Jeśli oceniam, to z perspektywy człowieka ponad wszystko ceniącego sobie wolność. Wolność wyboru, wolność wypowiedzi, wolność widzenia i doświadczania świata własnymi oczami i własnym sercem. Komfort ten trudno docenić dziś na Zachodzie. Czy uważam, że moja wolność jest „szersza” od tutejszej? Tak. Czasami w bardzo prozaicznych wyborach. Tu najczęściej ktoś nas w tym wyręcza. I to w znacznie poważniejszych sprawach. Kto zostanie żoną ich syna? – rodzice ustalają tuż po narodzinach dziecka lub znajdą mu ją później. Pozna ją w dniu ślubu. Natomiast kobieta swoją wolność uzyskuje wkładając abaję i hidżab – nikt jej wtedy nie pyta gdzie idzie, z kim, co będzie robiła i co ma pod czarnym przebraniem. Taki to rodzaj wolności. Tu nadal dostaje się kartki żywnościowe, talony na ropę (w zimie) i więcej nie będzie, nieprzymuszenie wiesza portrety ukochanego wodza nad wejściem do domu, patrząc jak 80% budżetu państwa pochłania wojsko. Zachód ocenia! To dość wygodne – urodzić się i żyć w zachodnim komforcie, wygrażając jednocześnie paluszkiem Unii Europejskiej, krzywiąc się na USA, kiwając głową z niezadowoleniem, gdy Zachód nie rozumie innych kultur. No, nie rozumie. To prawda. Być może większość błędów popełnionych przez Amerykanów w Iraku wzięło się z niewiedzy o podstawowych! regułach życia codziennego w tamtejszej kulturze, tradycji, religii. Może gdyby je znali – choćby taką, że pokazywanie podeszwy buta (choćby nieumyślnie, siedząc przy jednym stole) to gest obraźliwy, a przyciskanie tymże butem twarzy leżącego to hańba dla całej jego rodziny, którą zmyć może tylko dokonując zemsty – to może wojna ta wyglądałaby inaczej. Co lepsze – zatracenie się w tradycjach i rytuałach czy może w pędzie za złudnym prestiżem? Kto odpowie?

Na Bliskim Wschodzie jestem któryś raz z kolei i trudno mi się wyzwolić od fascynacji tym światem. Nie znaczy to, że kocham go bezgranicznie i pojmuję jego prawa. Czym dłużej tu jestem, tym częściej myślę, że w niczym nie przypomina on mojego. Tu na każdym kroku zakazy. Te natomiast rodzą bunt, sprzeciw, próby ich obejścia. I tak też się dzieje. Tak jak większość korzystających tu z internetu, i ja mógłbym jakoś zmienić adres IP mojego komputera i bez ograniczeń odwiedzać wszystkie zakazane strony. Szczerze powiem – nie chcę mi się. Czy na tym tle nasze (zachodnie!) działania wydają się mniej kontrowersyjne? Tak, bo dla nas zakaz to stan chwilowy, nie pcha do walki. Dla Nich - stan permanentny. I choćby stąd biorą się podstawowe różnice dotyczące podobieństw – bo przecież i tu ludzie się kłócą, kochają, mają marzenia, lubią się śmiać. Prawdziwa trudność polega na dotarciu do prawdy, do źródeł – dlaczego się kłócą, czym jest dla nich miłość, o czym konkretnie marzą, z czego lubią się śmiać? Czy miłość w ich wydaniu to coś więcej niż pierwsze wrażenie podlane czystym popędem? Często wydaje się że nie. Jednym z pierwszych pytań jakie zadaje się tu kobiecie, to czy jest zamężna. Jeśli nie jest, to często po trzech minutach rozmowy dostaje propozycję zamążpójścia. I nie jest to żart. Czy w takim małżeństwie może udać się coś poza nocą poślubną? Jest szansa, choć trudno ją traktować poważnie.

Dzisiejszy człowiek jest zakładnikiem mody. I wcale nie jestem pewien czy wyraźniej widać to na Zachodzie. A kto kogo tak naprawdę zaraził konsumpcjonizmem? Przez blisko dwa tysiące lat przez Syrię przebiegała tak zwana południowa droga jedwabnego szlaku (łączącego Chiny z Europą), której znaczenie zmalało dopiero w XVII wieku, po odkryciu drogi morskiej do Chin. O tym jak ważnym i naturalnym elementem życia jest tu handel, przekonać się można wchodząc na ciągnące się kilometrami souki, na których sprzedaje się WSZYSTKO – od wypchanych ptaków drapieżnych przez dekoracje i ozdoby niezbędne na przyjęciach urodzinowych aż po olbrzymie i nieprawdopodobnie drogie dywany z włosia wielbłądziego. Syria nie jest typowo turystycznym krajem – te souki to nie turystyczne atrakcje, ale serca miast, centrum życia, centrum handlowe, złote tarasy. Szczególnie wyraźnie widzę to właśnie w tym kraju - w Aleppo, w Damaszku. Kupowanie, sprzedawanie, zarabianie, ile, za ile, drożej, taniej, więcej, mniej... Wokół tych słów kręci się tutejszy świat. Handel płynie w tutejszej krwi. Od setek lat, więc może dlatego konsumowanie tu nie jest tak bezmyślne – spełnia konkretne zadania. Posiadanie zawsze było tu i nadal jest sposobem na wyróżnienie się. W kraju, w którym cena samochodu jest mniej więcej dwa i pół raza wyższa od ceny „polskiej” (Państwo dba o to, by ludzie nie wydawali pieniędzy na zbyteczne luksusy) łatwo się wyróżnić – wystarczy kupić furę, reszta może zaczekać. Czym większy i lepszy samochód, tym większa szansa na więcej niż jedną żonę. Bo kochanek nikt tu nie ma – zakazane!

Mój gospodarz ma sto dolarów emerytury i dom na Starym Mieście - dwa pokoje wynajmuje gościom takim jak ja, w pozostałych dwóch mieszka on z żoną, córka i dwóch synów. Dom stary, trudno nazwać go pięknym – życie i tak toczy się na zewnątrz, na patio. W pokoju, który jest jednocześnie salonem, jadalnią i sypialnią właścicieli, stoją trzy stare kanapy, na podłodze leży beduiński dywan, na ścianie wisi dość okropny obraz – równie dobrze wszystkie te przedmioty mogły znajdować się tam 35 lat temu. Oprócz jednej rzeczy. W narożniku stoi wielki, plazmowy telewizor z dostępem do setek kanałów. Czy to jest ta „wartość” zaszczepiona przez zachód? Nie wiem. Jestem za to pewien, że od kiedy ludzie mają tu nieograniczony dostęp do wizjera, przez który podglądają zachodni świat, to wielu z nich znalazło się w poważnym rozkroku – z jednej strony trzymają ich tradycje/wychowanie/wiara/zakorzenione głęboko nakazy a z drugiej kusi obietnica swobody/wolności/lepszego/wygodnego/beztroskiego życia na Zachodzie. Kiedy rozkrok zaczyna przechodzić w szpagat, z każdego kąta zaczyna zalatywać hipokryzją. Czuć zagubienie, czuć wahanie, widać jak się miotają – co wybrać, jak żyć, co lepsze? I wtedy na scenę wchodzą „ortodoksyjni przywódcy”, spełniając bardzo ważną rolę – podsuwają gotowe rozwiązania i odpowiedzi, poparte dowodami. A dowodów na to, że nasza demokracja, nasza wolność, nasze wartości dawno zatraciły swe pierwotne znaczenie nie brakuje. Dobrze jeśli można wybrać. Ja tu zostaję, choć nie na zawsze.

Bliski Wschód, 27.10.2009

niedziela, 25 października 2009

Jesień?


24.10.2009
Czaił się od kilku dni. Czuć było go w powietrzu, skrytego za górami. No i w końcu „bach”. Spadł! Pierwszy deszcz w Damaszku. Leniwie, ociężale, jakby wcale nie był przekonany, że właśnie tego chce. Przypominał deszcz w środku lata – duże krople zmywały kurz z dachów, ganków, schodów, wypełniając powietrze i głowy lekkością. Wystukiwał nieśpieszny rytm, jakby chciał powiedzieć – ja tu tylko przelotnie, przejazdem, na chwilę. Po kilku minutach było po wszystkim. Usiedliśmy wszyscy razem na patio i w milczeniu piliśmy herbatę z cynamonem, wdychając zachłannie świeże skrawki życia, na zapas, na jutro. Zgasło światło. Zapadła absolutna cisza. Po pierwszym deszczu pozostały tylko chmury, które równie leniwie odpływały w tylko sobie znanym kierunku.

26.10.2009
Dziś znowu się pojawił - potężniejszy, znacznie bardziej zdecydowany, w towarzystwie błyskawic, grzmotów i błysków. Piękna burza! Relaksująca, pozwalająca odsunąć wszystkie plany i myśli na boczny tor.

Nadal Damaszek

czwartek, 22 października 2009

Nowe granice


Od początku coś mi tu nie pasowało. Był środek nocy. Właśnie wylądowałem w najstarszym nieprzerwanie zamieszkanym mieście świata. Na lotnisku, które zdaje się pamiętać jego początki, w kolejce do odprawy paszportowej wcisnęło się przede mnie kilka osób. Kobietę, która stała przy okienku, a mnie, stojącego na linii wyznaczającej początek kolejki, dzieliło kilka metrów. Jak można nie skorzystać z takiej okazji? I jak głupim trzeba być, żeby nie wypełnić tej luki? Zaraz kilku mądrych się znalazło. Muszę przyznać, że chwilę mi zajęło, zanim na dobre przypomniałem sobie co to za świat i jakie rządzą nim reguły. Tu nie ma zbędnych przestrzeni, wszystko wypełnione jest po brzegi, ulice – samochodami, talerze – jedzeniem, powietrze – zapachami. A do autobusu zawsze się zmieścisz, bez względu jaki panuje w nim tłok. Zapomnijcie o prywatności! Randki w obecności matek, decyzje małżeńskie podejmowane na forum rodzinnym oraz „nie, dziękuję”, oznaczające „tak, poproszę”. Zapomnijcie o prywatności! Granica osobistej przestrzeni skurczona jest do konturów ciała, a wymiar życia, który dziś w zachodnim świecie wydaje się święcić tryumfy, nazwijmy go intymnością bycia samemu ze sobą - tutaj nie istnieje. Bez przerwy mnie ktoś zaczepia, dotyka, popycha, podpiera się na moim kolanie wsiadając do busa-taksówki lub staje tak blisko, że prawie słyszę jego myśli. Zjesz, albo będziesz zjedzonym, stany pośrednie nie istnieją. Tak jak nie istnieje tu twór zwany kolejką. Kto pierwszy, większy, bardziej cwany – ten lepszy. Żeby załatwić coś przy okienku – kupić bilet autobusowy, chleb pod postacią placka lub znaczki na poczcie, trzeba z uśmiechem na twarzy nadepnąć komuś na stopę i zupełnie niechcący wbić łokieć w żebra, patrząc czy ktoś inny nie atakuje nas z drugiej strony. Nic tak nie uczy wolności i demokratycznych zachowań – każdy ma prawo kupić chleb w tym czasie, kiedy chce i niby dlaczego ktoś inny ma być uprzywilejowany i dostać go przed nami. To tak, jak z jazdą samochodem po tutejszych drogach – wydaje się, że każdemu kierowcy przyświeca jedna jedyna zasada, brzmiąca zupełnie na odwrót, niż ta z żartu o seksie od tyłu: „Najważniejsze by nie być z tyłu”. Tu trzeba być zawsze z przodu, zawsze pierwszym, za wszelką cenę. To czyni mężczyznę męskim. Ale nie można się temu dziwić. Jak inaczej udowodnić swoje męstwo, jeśli w przestrzeni męsko-damskiej wszystko zabronione? Dlatego chłopaki noszą obcisłe, czarne t-shirty z dużym logo armani i o numer za małe, do połowy rozpięte koszule. Wąsy i brody przycięte z precyzją lasera. Zaschnięty żel na zaczesanych do tyłu włosach jest jak błyszcząca w słońcu zbroja wojownika. Do tego wielkie, wysadzane kryształkami i zdobione dużymi emblematami znanych marek odzieżowych klamry pasków do spodni. Stoją grupkami na rogach zatłoczonych ulic, szepczą do siebie, wodzą zahipnotyzowanymi oczami za kobiecymi biodrami. A kobiety tutaj mają zazwyczaj pokaźne biodra, więc skanowanie ich wzrokiem trwa. Ci opływający testosteronem młodzi mężczyźni wypełnieni obrazami kobiecych i niedostępnych bioder, nagich stóp w szpilkach, pomalowanych na czerwono paznokci zupełnie tracą kontrolę. Naćpani chucią łapią się za dłonie, masują stojącemu obok koledze przedramię, ściskają się za uda. Wygląda to jak taniec, podczas którego dłonie poruszają się w takt zupełnie innej muzyki niż oczy. Rękom przygrywają marsze wojskowe i skoczne walce, za to oczy wypełnia monotonna, ledwo słyszalna mantra. Grupki mężczyzn przemierzających ulice są jak stada polujących drapieżników, które z jakiś powodów nie mogą zadać ostatecznego ciosu, kończącego żywot, znajdującym się na wyciągnięcie ręki ofiarom. Widok równie niezwykły, co powszechny. I wszyscy szczycą się tym i jednocześnie dziwią, że dwóch chłopaków na południu Syrii zgwałciło, po czym zamordowało żonę swojego brata.

Oto codzienny obrazek – siedzą faceci w swoim sklepie z biżuterią lub sokiem wyciskanym ze świeżych owoców i oglądają telewizję. Kanał libański, turecki albo jeszcze inne mtv. Na ekranie półnagie dziewczyny tańczą, śpiewają, czarują uwodzicielskimi, ale i trochę niewinnymi spojrzeniami. W to co odziane są arabskie piosenkarki, to jakby zachodnia moda przepuszczona przez dom publiczny pod wschodnią granicą Polski. Chłopaki siedzą, patrzą i z trudem przełykają ślinę. Istnieje spora szansa, że zakupów nie będzie. Sklepikarze są zajęci. A po powrocie do domu z jeszcze większą stanowczością w głosie nakażą swoim żonom dokładniej zakrywać włosy, jeśli zamierzają wyjść na ulicę i pokazać się ludziom. Czym mocniej pragną uległej i emanującej seksem piosenkarki z telewizora, tym mocniej chcą, by ich żony, siostry i córki pozostały ich przeciwieństwem. I ponownie, z jakże trafnym spostrzeżeniem, przychodzi Jerofiejew, tyle że piszący o Abchazji – jej mężczyznach i kobietach. „Krzepnące z biegiem lat hasło rosyjskich kobiet: >>Żyje się tylko raz!<<, które w istocie stało się kontynuacją zasady Karamazowa: >>Jeśli Boga nie ma, to wszystko jest dozwolone!<<, w kaukaskiej świadomości przeistoczyło się w swoje przeciwieństwo: jeśli dane ci jest jedno życie, nie psuj go. Kobiety abchaskie nie powinny być takimi kurwami jak rosyjskie. Abchazowie negują swą historyczną przynależność do islamu, ale źródło ich płciowego apartheidu nie pozostawia żadnych wątpliwości.” Natomiast tu wszyscy muszą! pamiętać o swojej przynależności, szczególnie jeśli przejawiają tendencję pójścia pod prąd. To jak arabskie kobiety chciałyby wyglądać, najlepiej widać na ulicach Bejrutu. Znajoma iranistka powiedziała mi, że gdyby w Iranie pozwolono kobietom zdjąć chusty, to prawdopodobnie i górny Teheran wyglądałby podobnie. W tym świecie wszyscy od najmłodszych lat uczeni są postępować wbrew sobie, wbrew temu co naprawdę chcą i czują. Współczuję i walczę, by nie ulec pod naporem przewracanych z niezadowoleniem oczu. Nie znaczy nie! I nie będzie inaczej.


Od początku było coś nie tak i sam fakt, że nie wiem co to jest, napełniał mnie niepokojem. Siedziałem na przestronnym tarasie restauracji leżącej na wysokiej skarpie. Oddychałem świeżym, rześkim powietrzem z dala od miejskiego zgiełku. Wzgórze po przeciwnej stronie nie dawało mi nadziei, że kiedykolwiek poznam reguły arabskiego świata – drzewka oliwne rozsiane bez ładu, w zupełnym chaosie. Pomiędzy nimi stał osiołek. Widok ten nie tylko mnie rozleniwiał. Kelnerzy w półśnie snuli się między stolikami. W końcu zamówiłem: hummus, muhamarę – słodkawą czerwoną pastę z całą masą ziół, przyprawianą na ostro, oliwki i kurczaka z ryżem. Rozsiadłem się wygodnie, wychylając mocno do tyłu. Spojrzałem w niebo. I wtedy właśnie odkryłem, co mi tu od początku przyjazdu nie grało. Po raz pierwszy od ponad trzech tygodni ujrzałem chmury. Prawdziwe, puchowe kule, a nie pojedyncze obłoczki, takie jak te, które ćwiczyły arabską kaligrafię nad ruinami Świątyni Jowisza w Baalbek. Teraz przez niebo przetaczały się stada baranów, tysiące bialusieńkich, puszystych zwierzaków, bezszelestnie wypasających się nad moją głową. Miałem ochotę wyciągnąć rękę i zrywać kłębki miękkich włókien z bawełnianej plantacji niebios. Cóż to był za widok! Co za radość! Co za ulga – a jednak dzieją się tu rzeczy, które nie podlegają ludzkiej ingerencji, mają gdzieś konwenanse i zakazy. Są okrzykiem niczym nieograniczonej, czystej wolności. I gdy tylko słyszę: „musisz”, zaraz wsiadam na jedną z tych chmur i odfruwam, oby jak najdalej. Trudne to, bo tutejsze niebo zazwyczaj błękitne i bezchmurne.


Pierwszy miesiąc minął, 22.10.2009

środa, 21 października 2009

Zdumiewające spojrzenie Rity


Nie wiem czy najnowsza płyta Anouara Brahema tak wyjątkowo smakuje tylko tutaj, ale warto zaryzykować jej słuchanie także w spowitej zimo-jesienią Polsce. Minimalizm tej muzyki ma niewiarygodną moc unoszenia. Nie jestem już nawet pewien czy moja podróż do Iranu po latający dywan ma jeszcze jakikolwiek sens.

Październik w Syrii

wtorek, 20 października 2009

Saladyn Niezwyciężony


Siedziałem na dziedzińcu przepięknego pałacu Azema, wybudowanego przez gubernatora Damaszku w połowie XVIII wieku. Lubię tu przychodzić – to jedno z niewielu spokojnych miejsc w tym gęstym, spoconym, zatłoczonym, lepkim i zadymionym mieście. Siedziałem na ławce i starałem się przedrzeć myślami przez melodyjne słowa przewodnika hiszpańskiej grupy turystów. Nie była to łatwa sprawa – facet naprawdę się starał, przez dobrych kilka minut był niezwyciężonym Saladynem, którego pomnik stoi nieopodal, przed cytadelą po drugiej stronie wiecznie żywego souku al-Hamidiyya. Żałuję, że nie miałem dość zapału, by uczyć się języków. Poddałem się, unosiłem się na znajomo brzmiących, lecz niezrozumiałych słowach z przeciągniętym 'o' i miękkim 's', do którego język składa się prawie tak samo, jakby chciał wypowiedzieć to nasze 'ś'. Dryfowałem wraz z nimi do odległej Andaluzji, gdzie spędziłem wakacje kilka lat temu. Tamtejsze alhambry – w Sewilli, Kordobie czy Granadzie – noszą te same ślady, po których stąpam tu na Bliskim Wschodzie. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że moje kroki wcale nie są przypadkowe. Na Bałkanach, którym oddałem się bez reszty i oddam przy każdej nadarzającej się okazji, czuje się podobne zagubienie co tu, powstające przy kłopotliwym spotkaniu odrębnych kultur. I religii. Nawołujący do modlitwy w meczetach bośniaccy muezini na dobre uświadomili mi, że ta pieśń płynie w moich żyłach, jest drogowskazem wskazującym drogę do domu. Domu utraconego, istniejącego jedynie na wyblakłych zdjęciach z dzieciństwa i w zupełnie przypadkiem odnajdywanych zapachach.

Pamiętam taką scenę. Dosłownie jakby to było wczoraj. Sprzedawca arbuzów wgramolił się na sam szczyt arbuzowej góry usypanej na naczepie ciężarówki i zaczął roztrzaskiwać owoce o ziemię. Patrzyłem na to z zachwytem i przepełniającą mnie zazdrością. Mieszkaliśmy wtedy w Libii, miałem siedem lub osiem lat i marzyłem, by zostać sprzedawcą arbuzów. Za każdym razem, gdyby mnie ktoś zapytał – tak, jak to wtedy uczynił mój tata – czy arbuzy są dojrzałe, wchodziłbym na sam szczyt i ciskał nimi z całej mocy, pozwalając zielonym skorupom ukazywać czerwoną słodycz wysadzaną czarnymi perłami pestek. Przy trzecim lub czwartym zamachu, tata krzyknął: „dość!”. Mężczyzna z zawodem w oczach opuścił spokojnie ręce a wraz z nimi wielkiego, pasiastego arbuza. Byłem zawiedziony równie mocno jak on. Kupiliśmy dwa, albo trzy i pojechaliśmy na plażę, gdzie nad brzegiem morza owoce chłodziły się zakopane po same czubki w piasku. Doskonale pamiętam zapach tych arbuzów i smak każdego kęsa. Co robiłem wcześniej i później, nie mam pojęcia.

Hiszpańscy turyści rozeszli się po dziedzińcu i salach pałacu, uwalniając przede mną przestrzeń ogrodu. Wziąłem głęboki oddech, wpuszczając przez nos zapach drzewek pomarańczowych i aromatycznej kawy. Wyjąłem z kieszeni spodni „Świat diabła” Jerofiejewa i zacząłem czytać. Niezwykle mnie on drażni, dlatego niektóre fragmenty, a nawet całe opowiadania czytam po kilka razy i złoszczę się, że nigdy nie będą to moje słowa. „Ideał turystyki – to połączyć piękno, cud i przyjemność, po czym sfotografować ten pomnik na pamiątkę. Wśród tych trzech komponentów najbardziej zagadkowym, choć brzmi to dziwnie, nie jest cud, lecz piękno”. Podniosłem głowę znad książki i zacząłem bacznie przyglądać się ludziom namiętnie fotografującym ten mały skrawek świata wokół nas. Mikro aparaty i profesjonalne lustrzanki z potężnymi obiektywami – wszystkie nakierowane na kurczący się z każdym kolejnym 'pstryk' pałac i jego dziedzińce. Moją uwagę przykuła atrakcyjna dziewczyna w czarnych spodniach i koszulce w drobne, czarno-białe, poziome paski. Może Włoszka, może Francuzka. Zrobiła zdjęcie dwóm mężczyznom siedzącym przy niewielkiej fontannie, po czym cmoknęła jednego z nich zalotnie w policzek i gładko przeszła do fotografowania całej reszty. Dalekie kadry i maksymalne zbliżenia szczegółów. Kolorowe, zdobione posadzki i inkrustowane boazerie na ścianach oraz sufitach; ręcznie wykonane lampy podwieszone w sklepieniach rzeźbionych łuków oraz bogato dekorowane ściany i witraże – nic jej nie umknęło. Zapragnąłem obejrzeć te zdjęcia. Chciałem, żebyśmy przeglądali je razem. Miałem ochotę, by mi o nich opowiadała, wyjaśniła co na nich widać. Chciałem poznać jej świat zamknięty w setkach ramek.

Wróciłem do mojej lektury.
„ - Proszę mi wpisać wyznanie miłosne!
Podniosłem oczy: patrzyła na mnie z łagodnym przestrachem, ufnie i wyzywająco. Tak zazwyczaj patrzą piękne kobiety, kiedy decydują się pójść na całość.”
Podniosłem oczy. Nie było już mężczyzn przy fontannie i dziewczyny w pasiastej koszulce. Zniknęła wraz ze swoim nowym skrawkiem świata, utrwalonym na karcie pamięci, ze swoją fantazją o podróżowaniu, ze swoją nową przestrzenią turysty-kolekcjonera, który czym dalej od domu, tym bardziej zachłanny i bezwzględny jest w zasysaniu świata przy pomocy spustu migawki.

Ja nie czuję się z dala od domu. Wyjechałem by dom odnaleźć. Przypuszczam, że za jakiś czas zapomnę o tym, że pałac Azema wybudował gubernator Damaszku w połowie XVIII wieku. Męczą mnie szczegółowe opisy miejsc i budowli, daty ich powstania, zniszczenia i podbicia przez krzyżowców lub innych walczących w imię wiary. To oczywiście nie powód do dumy. Źle mi z tym, ale po prostu nie jestem w stanie się na tym skupić. Zajęty jestem zbieraniem zapachów, dźwięków, obrazów i smaków, w których odnajduję dom. Ten z dzieciństwa, z buczeniem wiecznie włączonych klimatyzatorów, palmami daktylowymi za oknem i dzikimi plażami. Oraz ten własny i "dorosły", który widziałem w Jej oczach i zwiniętym na kanapie, znajomym ciele. Żaden z nich nie przetrwał. Żaden z nich nie jest miejscem i być może nigdy miejscem nie będzie. Mój dom to ciąg skojarzeń, wywoływanych bodźcami z zewnątrz. To może być szum zboża za wiejską chatą w Rudzie, niedaleko Stoczka Łukowskiego lub pisk piasku skrzypiącego pod gołymi stopami na plaży w Chałupach. To może być minaret w Damaszku, po którym wspinają się moje wspomnienia lub kolorowe neony wygięte w arabskie nazwy sklepów w Bagdadzie. To mogą być znane perfumy na szyi obcej kobiety, stojącej obok w autobusie lub spaliny przemieszane ze smrodem smaru w rozklekotanej taksówce z nigdy nie czyszczoną tapicerką. Wszystko to moje, znajome, upragnione i jednocześnie nie dające się uchwycić, nie dające się sfotografować.

Tak jak chyba każde dziecko, tak i ja, miałem rękawiczki na sznurku. Prawdziwie magiczny wynalazek. Od jakiegoś czasu czuję się jak dziecko, któremu jakimś cudem udało się zapodziać jedną z rękawiczek. Świat stał się niekompletny, równowaga została zaburzona. Rozglądając się za zgubą, coraz częściej zaczynam myśleć, że najważniejszy jest jednak sznurek, przestrzeń pomiędzy dwoma światami, które w sobie noszę. To w niej tkwi tajemnica równowagi! Czym zatem jest ten mój sznurek? Jak go odnaleźć? Czy ta podróż jest mi do tego niezbędna? Czy odnalezienie go będzie jednocześnie końcem podróży? Jeśli tak, to gdzie ta podróż się skończy? A co jeśli sznurkiem okaże się podróżowanie samo w sobie? Domem stanie się przemieszczanie? Między tęsknotami, zapachami, pokusami, smakami i chwilowymi zauroczeniami. I tak bez końca?

W kieszeni spodni znalazłem sznurek. Zwykły sznurek, z końcem i początkiem. Zawiązałem go wokół nadgarstka. Spoglądam na niego i przekręcam za każdym razem kiedy nachodzą mnie wątpliwości dotyczące wyjazdu i dręczą pytania, na które nie znam odpowiedzi. Być może wcale nie muszę ich poznać. Może to co dziś krępuje, jutro mnie wyzwoli. Na przegubie dłoni sznurek stał się bransoletką, nie ma już ani początku, ani końca. Po prostu się kręci. A ja wraz z nim, w poszukiwaniu przestrzeni, obrazów i zapachów, obietnicy domu. Czy w końcu będę miał dość? Naprawdę nie wiem. Czasami końca nie ma. Tego jestem pewien.

Syria, 20.10.2009